Zrobiłam sobie dzisiaj królewskie śniadanie. Ze snu wyrwał mnie telefon.

Rozmowa dotyczyła ważnych tematów, więc chcąc, nie chcąc, musiałam się obudzić. Potem pełna energii wybiegłam z łóżka, narzuciłam na siebie dres i pobiegłam do sklepiku osiedlowego. Kupiłam pomidora, ogórka, cztery plasterki szynki, dwa plasterki żółtego sera, dwie świeżutkie bułki pełnoziarniste i jogurt. Zrobiłam sobie kubek aromatycznego kakao, na tacy ułożyłam wszystko, co kupiłam i wróciłam do łóżka.

Uwielbiam kruszyć w łóżku. :) Mój Mężczyzna tego nie lubił… Skoro obudziłam się sama, to zaszalałam. :) A wracając do porannej rozmowy telefonicznej… Spontanicznie postanowiłam nie brać tego, co mi się należy tylko dlatego, że się należy. Umarł mój biologiczny ojciec. Nie zostawił testamentu. Nie wiem, czy chciałby, żebym dostała część dorobku jego życia. Nawet nie wiem, czy ma jakiś dorobek. Wiem, że nigdy ze mną nie rozmawiał, nie uczył jeździć na rowerku, nie zawoził do szkoły. Dla niego nie istniałam.

Mam teraz przyjąć jego pieniądze? I powiedzieć: „Dziękuję, tato”? Nigdy w życiu. Spadek ma mi wynagrodzić te wszystkie lata nieobecności? To chyba żart. Jeśli dorobek jego życia nie
jest duży, to nie chcę odbierać jego dziecku tego, co mu się należy.
A jeśli jest duży… To jest mi cholernie smutno, że miał czas na dorabianie się, a nie znalazł piętnastu minut na rozmowę ze swoją córką. Piętnastu minut w tym pieprzonym życiu!