Niedziela, godzina 13.30.

Melduję, że jestem już na miejscu. Zainstalowałam stanowisko obserwacyjne. :) Przyniosłam swojego laptopa. Ustawiłam na stole w kuchni. Powiedziałam mamie, że prowadzę ożywioną korespondencję z klientem, który zamierza kupić mieszkanie. „W niedzielę?” – mama popatrzyła na mnie zgorszona. No sorry. Takie czasy. Świątek, piątek czy niedziela, o klienta się dba! Zwłaszcza w tym zawodzie, zwłaszcza w piątek, świątek i niedzielę, gdy klient kończy pracę i znajduje chwilę na poszukiwanie mieszkania…
Stop.
Nie będę pisać o pracy w niedzielę. :) Uznałam, że taka wymówka będzie jedyną właściwą dla mojej mamy. Tak więc udekorowałam stół. Mama podgrzała buraczki i zrazy. Wiedziałam, że  zrobi zrazy! Ustawiła na płycie elektrycznej garnek, w którym podgrzewać ma domowe,
własnoręcznie przygotowane pyzy! Zapowiada się uczta.

Teraz siedzimy odświętnie ubrane i czekamy na Tomasza. Biedna mama stresuje się niesamowicie… A ja umieram z ciekawości.

 

Godzina 13.55.

Przyszedł. Już go nie lubię. Jest niesamowicie przystojny. Dobrze ubrany. Cholera, przecież żaden facet nie jest w stanie sam skomponować takiego stroju! Zwłaszcza w tym wieku. Skąd u niego takie wyczucie harmonii kolorów, lekkość w doborze dodatków? Wiecie, co powiedział na dzień dobry? Że wyglądam jak siostra swojej matki! Masakra! Chyba gość nie ma wyobraźni. Przyszłam do kuchni po wino, a mama zaprowadziła Tomasza do salonu. Najchętniej nie ruszałabym się stąd, ale chyba wypada, bym poszła do nich…

 

Godzina 14.02.

Obawiam się, że ten obiad będzie dla mnie zabójczy. Jeszcze się nie zaczął, a ja już mam palpitacje serca. Weszłam do salonu z winem i co zobaczyłam? Język Tomasza harcował z językiem mojej mamy!

Gdy mnie zauważyli, odskoczyli od siebie jak oparzeni. A ja jak oparzona uciekłam, krzycząc, że zapomniałam korkociągu. Ratunku!!!

 

Godzina 14.20.

Jesteście? U nas obiad został podany na stół. Tomasz patrzy na mamę jak zakochany nastolatek. To dobry znak, prawda?

 

Godzina 15.30.

Zaraz na stole pojawi się kawa i tort. Powoli oswajam się z tą nietypową sytuacją. Patrzę na zakochaną mamę i jej nie poznaję. Jest taka uśmiechnięta, promienna, energiczna. A i on niczego sobie. Niewątpliwie zyskuje przy bliższym poznaniu. Jego szpakowate włosy wprowadzają obserwatorów w błąd. Można by pomyśleć, że jest stanowczo za stary na miłość. Jednak ma takie radosne i młode oczy. Super ciuchy. Gdyby nie te włosy, to może i ja mogłabym zainteresować się takim facetem? Jakoś dziwnie się śmieje… Ale może to i dobrze?
Gdyby nie miał wad, byłby podejrzanie idealny… Im dłużej mu się przyglądam, im dłużej z nim rozmawiam, tym bardziej rozumiem, co mama w nim zobaczyła…