Uff. Podjęłam decyzję, wracając wczoraj od Patryka. Nie będę dłużej idiotką, która musi prosić się co miesiąc o należne wynagrodzenie.

Wydrukowałam wypowiedzenie. Położyłam je na biurku szefa. Zdziwił się. Nagle zmienił się z opryskliwego gbura w milutkiego mężczyznę. Zaczął czarować. Rysował przede mną wizję wspólnej kolorowej przyszłości… Biznesowej oczywiście. Nowa firma. Nowe obowiązki. Oczywiście tytuły! :)
Prawie mianował mnie prezesem. Cwaniak. Myślał, że znalazł naiwną, która skupi się na przepięknych obrazach i realizowaniu ambicji, a zapomni o pieniądzach? Tak, trzeba przyznać, że mógł tak sobie pomyśleć. Gdybym miała głowę na karku, gdybym była choć w połowie tak bystra, jak mi się wydaje, to już przy pierwszych problemach z pensją uciekłabym od nierzetelnego pracodawcy. Gdybym… Cóż. Odchodzę. To moje ostatnie dni w akwarium.

Co potem? Nie mam pojęcia. Znów będę wysyłać cefałki i czekać… Aaa. Wiecie, co jest najzabawniejsze? Szef odwrócił kota ogonem. Wyszło na to, że to JA CHCĘ ODEJŚĆ. Taki mój wymysł, rozumiecie? Nie, że MUSZĘ, że zostałam do tego ZMUSZONA, że nie mam WYJŚCIA. Pochwałami nie zapłacę czynszu…