Boże, jak się cieszę, że Was mam. Mogę rozmawiać z Wami na tematy, które boję się poruszać z innymi. Dziękuję! Strata zawsze boli. Nawet, a może tym bardziej, jeśli chce się ją zlekceważyć, jeśli udaje się, że się jej nie zauważa. Bo gdy boli, można płakać, krzyczeć, zgrzytać zębami, wyrzucić z siebie negatywne emocje. Jeśli pokazuje się na zewnątrz, że strata
nas nie zabolała, nieważne czy dlatego, że jesteśmy twardzi, czy dlatego, że osoba, która odeszła, nie była dla nas nikim ważnym, człowiek chowa głęboko żal, smutek i rozpacz… Nawet
przed samym sobą. Kilka miesięcy temu straciłam ojca.
Wkurzyłam się. Umarł. Nie znałam go. Nie zdążyłam poznać, a on umarł. Wyobrażacie sobie? Tłumaczyłam sobie, że nie było go w moim życiu, więc jego śmierć nic nie zmienia. Nie było, nie będzie. Nic nie tracę. Miało mi to pomóc? Może chciałam ukarać właśnie jego? Nie poszłam na pogrzeb, pogardziłam spadkiem, wypowiedziałam kilka złych słów. Z perspektywy czasu muszę z przykrością przyznać, że jedyną osobą, którą ukarałam, jestem ja sama. Masakra. Zawsze miałam ojca, fakt, nie na miejscu, ale wiedziałam, że gdzieś tam jest. A teraz? Już nie muszę czekać. Nigdy nie stanie w moich drzwiach. Nie powie „przepraszam”,
nie wytłumaczy powodu swojej nieobecności, nie przytuli mnie i nie rzeknie: „Kocham cię, córeczko” albo „Myślę o tobie każdego dnia”.

Żałuję, że nie poszłam na pogrzeb. Nie schowałam złości do kieszeni i nie stanęłam nad jego grobem. Okazałam się maluczkim, zadufanym w sobie człowieczkiem! Gdybym mogła
cofnąć czas…